O NAS
Wszystko zaczęło się od jednego punktu na liście
Bliska mi osoba miała wyjechać.
Zostawiła mi listę rzeczy, których potrzebowała. Były na niej ubrania, materiały do diamond paintingu, leki, rzeczy do pakowania i kilka innych drobiazgów.
Zwyczajna lista.
Trochę chaotyczna. Konkretna. Pełna rzeczy, o których łatwo zapomnieć, jeśli nie zapisze się ich od razu.
Nie wyglądała jak początek historii o budowaniu aplikacji.
A jednak pomiędzy wszystkimi praktycznymi punktami znalazły się dwa słowa:
Miły liścik.
Bez dodatkowych instrukcji.
Bez informacji, jak długi powinien być.
Bez podpowiedzi, o czym właściwie mam napisać.
Po prostu kilka osobistych zdań od kogoś bliskiego.
Nie wielkie wyznanie. Nie dramatyczna deklaracja. Nie scena z filmu.
Zwykły list.
A jednak właśnie dlatego miał znaczenie.
Bo nie każda ważna rzecz musi być wielka.
Czasami znaczenie ma sam fakt, że ktoś na chwilę się zatrzymał, pomyślał o drugiej osobie i napisał coś specjalnie dla niej.
Mogłem usiąść i zrobić dokładnie to, o co mnie poproszono.
Naprawdę mogłem.
Zamiast tego zacząłem zastanawiać się, gdzie dzisiaj trafiają takie słowa.
Najczęściej do komunikatora.
W to samo miejsce, w którym pytamy, co kupić po drodze.
Przesyłamy kod do paczkomatu.
Wysyłamy zdjęcie kota.
Ustalamy godzinę spotkania.
Przypominamy komuś o lekach.
Ważna wiadomość pojawia się na ekranie na chwilę, a później przesuwają ją kolejne rozmowy, zdjęcia, powiadomienia i sprawy do załatwienia.
Nie dlatego, że przestała być ważna.
Po prostu wszystko trafia do tego samego strumienia.
A strumień nie zatrzymuje niczego na długo.
Komunikatory świetnie nadają się do codziennego kontaktu. Są szybkie, wygodne i zawsze pod ręką.
Ale szybkość ma swoją cenę.
Im łatwiej coś wysłać, tym mniej uwagi często temu poświęcamy.
Piszemy w kolejce, pomiędzy spotkaniami, przy włączonym telewizorze albo jedną ręką podczas robienia czegoś zupełnie innego.
Czytamy podobnie.
Rzut oka.
Szybka reakcja.
Kilka słów odpowiedzi.
Następne powiadomienie.
Pomyślałem wtedy, że nie chcę wysłać kolejnej wiadomości.
Chcę napisać list.
Taki, który ma własne miejsce.
Taki, którego nie trzeba będzie później szukać, przewijając wiele miesięcy rozmów.
Taki, przy którym można zatrzymać się choćby na kilka minut.
Nie dlatego, że każda napisana rzecz musi być podniosła.
Ale dlatego, że sama uwaga poświęcona drugiemu człowiekowi stała się czymś coraz rzadszym.
W świecie natychmiastowych odpowiedzi poświęcony czas zaczyna znaczyć więcej niż liczba wysłanych słów.
List mówi nie tylko:
„Mam Ci coś do przekazania.”
Mówi również:
„Zatrzymałem się na chwilę właśnie dla Ciebie.”
I chyba właśnie tego brakowało mi w zwykłych komunikatorach.
Nie kolejnej funkcji.
Nie większej liczby reakcji.
Nie szybszego sposobu odpowiadania.
Brakowało mi miejsca, które pozwala pisać wolniej.
Dlatego pomyślałem:
A gdybym najpierw takie miejsce zbudował?
Nazywam się Mr. Scarlet i mam pewną przypadłość.
Mój mózg potrafi zamienić najprostszy punkt z listy w pełnoprawny projekt, produkt i okazjonalny kryzys egzystencjalny.
Plan był więc prosty:
- Zbudować aplikację do pisania listów.
- Napisać jeden list.
- Wysłać go.
- Wrócić do normalnego życia.
Plan przestał być prosty mniej więcej pięć minut później.
Pojawiły się pytania.
Jak sprawić, żeby cyfrowy list nie był zwykłą wiadomością ubraną w ozdobną ramkę?
Jak stworzyć wrażenie, że ktoś naprawdę otwiera list, a nie kolejne okno czatu?
Jak nadać mu charakter bez zamieniania wszystkiego w teatralną dekorację?
Jak pozwolić wybrać papier, postawić pieczęć i napisać coś bez migających kropek, liczników przeczytania i presji natychmiastowej odpowiedzi?
Jak stworzyć miejsce, które nie walczy o uwagę użytkownika, ale pomaga mu świadomie skierować ją na drugiego człowieka?
A przede wszystkim:
Jak sprawić, żeby treść prywatnych listów naprawdę pozostała prywatna?
Tak rozpoczęła się historia człowieka, który nie potrafił wykonać jednego prostego punktu z listy bez budowania całej platformy internetowej.
Były nocne sesje przy komputerze.
Były kolejne wersje, poprawki i pomysły, które o drugiej nad ranem wydawały się przełomowe, a o dziewiątej wymagały szybkiego i dyskretnego usunięcia.
Były momenty, kiedy rozsądek pukał do drzwi, ale udawaliśmy, że nikogo nie ma w domu.
Były także pytania, których normalny człowiek prawdopodobnie nie zadawałby sobie podczas pracy nad jednym listem.
Jak powinien wyglądać cyfrowy papier?
Czy pieczęć powinna być wyborem estetycznym, osobistym znakiem, czy jednym i drugim?
Czy list powinien można napisać od razu, czy dać mu czas?
Jak zachować atmosferę tradycyjnej korespondencji, nie próbując udawać, że internet nie istnieje?
Z każdą kolejną wersją stawało się jednak jasne, że nie budujemy aplikacji tylko dla jednego punktu z jednej listy.
Budujemy miejsce dla każdego, kto chce przekazać komuś coś bardziej osobistego niż szybka wiadomość.
Dla rodzica piszącego do swojego dorosłego dziecka.
Dla rodzeństwa mieszkającego daleko od siebie.
Dla przyjaciół, którzy nie zawsze mają czas na długą rozmowę.
Dla osób, które chcą podziękować, przeprosić, opowiedzieć historię albo po prostu przypomnieć komuś:
„Pomyślałem o Tobie.”
Nie każdy list musi zmieniać życie.
Nie każdy musi zawierać słowa, których nikt wcześniej nie wypowiedział.
Czasami wystarczy kilka zwyczajnych zdań napisanych specjalnie dla jednego człowieka.
I właśnie dlatego warto dać im miejsce, w którym nie znikną pomiędzy pozostałymi wiadomościami.
Tak powstało The Old Letters.
Miejsce na słowa, którym chcemy poświęcić trochę więcej uwagi.
Nie kolejny komunikator
Nie chcieliśmy budować miejsca do szybszego pisania.
Szybkich sposobów komunikacji mamy już wystarczająco dużo.
Możemy napisać do kogoś w kilka sekund.
Możemy wysłać zdjęcie, nagranie, reakcję albo pojedynczą ikonę, która ma zastąpić całe zdanie.
Jesteśmy ze sobą w niemal ciągłym kontakcie.
A mimo to często brakuje nam przestrzeni, żeby powiedzieć coś spokojnie i do końca.
Komunikatory zachęcają do natychmiastowości.
Widzimy, że ktoś jest dostępny.
Wiemy, że wiadomość została przeczytana.
Obserwujemy trzy migające kropki.
Zaczynamy liczyć minuty do odpowiedzi i dopowiadać sobie znaczenie ciszy.
List działa inaczej.
Nie wymaga natychmiastowej reakcji.
Nie pokazuje zielonej kropki.
Nie przypomina, że druga osoba była dostępna pięć minut temu.
Nie zamienia każdej chwili bez odpowiedzi w pytanie, czy powiedzieliśmy coś nie tak.
Pozwala pisać wtedy, kiedy naprawdę mamy coś do przekazania.
Pozwala czytać wtedy, kiedy mamy przestrzeń, aby się zatrzymać.
List można rozpocząć dziś i dokończyć jutro.
Można zmienić jedno zdanie dziesięć razy.
Można usunąć połowę tekstu i zacząć od nowa.
Można nie wiedzieć od razu, jak coś powiedzieć.
To nie wada.
To część pisania.
Kiedy wysyłamy krótką wiadomość, najczęściej chcemy szybko przekazać informację.
Kiedy piszemy list, zastanawiamy się nie tylko nad tym, co chcemy powiedzieć, ale także nad tym, jak druga osoba może te słowa odebrać.
To niewielka różnica w formie.
Ale duża różnica w sposobie myślenia.
The Old Letters nie ma zastąpić codziennych rozmów.
Nie chcemy, żeby ludzie przestali wysyłać sobie memy, zdjęcia zwierząt albo pytania o to, kto kupi masło.
Chcemy tylko stworzyć osobne miejsce dla tych rzeczy, które nie powinny wyglądać dokładnie tak samo jak cała reszta.
Bo nie wszystko, co piszemy, musi zostać zachowane.
Ale niektóre słowa zasługują na więcej niż kilka sekund pomiędzy dwoma powiadomieniami.
To, co piszesz, należy do Ciebie
Ludzie piszą inaczej, kiedy czują się bezpiecznie.
Łatwiej powiedzieć coś szczerze, kiedy wiemy, że słowa trafią wyłącznie do osoby, dla której zostały napisane.
Dlatego prywatność nie mogła być w The Old Letters dodatkiem.
Musiała znaleźć się w samym fundamencie projektu.
Każdy list jest szyfrowany na urządzeniu użytkownika.
Serwer nie otrzymuje jego treści w czytelnej postaci.
List pozostaje pomiędzy nadawcą a odbiorcą.
Nie czytamy prywatnej korespondencji.
Nie analizujemy jej, aby dowiedzieć się, czego się obawiasz, za kim tęsknisz ani kto jest dla Ciebie ważny.
Nie wykorzystujemy treści listów do profilowania użytkowników.
Nie dobieramy reklam na podstawie cudzych rozmów, emocji ani wspomnień.
Nie mamy klucza do tej korespondencji.
I nie chcemy go mieć.
Bo list może zawierać wszystko.
Historię, której ktoś wcześniej nikomu nie opowiedział.
Kilka słów wsparcia.
Przeprosiny.
Podziękowanie.
Wspomnienie rodzinne.
Żart zrozumiały tylko dla dwóch osób.
Albo zwykłą wiadomość, która dla większości świata nie znaczy nic, ale dla jednego człowieka ma ogromne znaczenie.
To, co piszesz do bliskiej osoby, nie powinno stawać się materiałem do analizy.
Emocje nie są danymi reklamowymi.
Relacje nie są produktem.
Prywatność nie powinna być funkcją ukrytą gdzieś w ustawieniach ani przywilejem dostępnym wyłącznie w najdroższym planie.
Powinna być czymś oczywistym.
Dlatego w The Old Letters jest fundamentem.
Mała pracownia, prawdziwa historia
The Old Letters tworzy Blackgrain Workshop.
Jesteśmy małą, niezależną pracownią.
Nie udajemy wielkiej korporacji z armią anonimowych działów, wielopiętrowym biurem i spotkaniami poświęconymi planowaniu kolejnych spotkań.
Za tym projektem nie stoi komitet, który zauważył atrakcyjny segment rynku.
Nie powstał na podstawie raportu mówiącego, że ludzie potrzebują więcej aplikacji.
Powstał przez jeden punkt na prawdziwej liście.
Przez zwykłą prośbę od bliskiej osoby.
I przez człowieka, który zamiast po prostu wykonać zadanie, zaczął zadawać zdecydowanie zbyt wiele pytań.
Wolimy stworzyć jedną rzecz porządnie niż dziesięć rzeczy naprędce.
Rozwijamy The Old Letters krok po kroku.
Słuchamy osób, które z niego korzystają.
Poprawiamy to, co nie działa.
Zmieniamy rzeczy, które można zrobić lepiej.
Nie próbujemy udawać, że każdy pomysł od początku jest idealny.
Nie chcemy także budować aplikacji, której sukces mierzy się tym, ile razy dziennie ktoś bezmyślnie ją otworzył.
Nie zależy nam na ciągłym przyciąganiu uwagi.
Nie chcemy tworzyć kolejnego nieskończonego strumienia treści.
Wolelibyśmy, żeby ktoś otworzył The Old Letters rzadziej.
Ale zrobił to z konkretną osobą w myślach.
Chcemy tworzyć miejsce, do którego wchodzi się z zamiarem napisania czegoś.
Nie po to, żeby przez chwilę zająć ręce.
Nie po to, żeby sprawdzić, czy wydarzyło się coś nowego.
Po to, żeby skierować uwagę na drugiego człowieka.
Bo czas poświęcony komuś jest jedną z niewielu rzeczy, których nie da się odzyskać ani skopiować.
Kiedy ktoś przeznacza jego część właśnie dla nas, czujemy różnicę.
Nawet jeśli napisał tylko kilka zdań.
The Old Letters nie jest miejscem na więcej wiadomości.
To miejsce na słowa, którym chcemy nadać znaczenie.
Czy ten pierwszy list został w końcu wysłany?
Tak.
Trochę później, niż prawdopodobnie przewidywała osoba, która umieściła go pomiędzy nożykiem a lekami.
Ale kiedy w końcu powstał, nie był już kolejną wiadomością wysłaną w biegu.
Miał własny papier.
Własną pieczęć.
Własne miejsce.
I chwilę przeznaczoną specjalnie dla osoby, która miała go przeczytać.
A wraz z nim powstało coś jeszcze.
Miejsce, w którym inni także mogą na moment zwolnić, pomyśleć o kimś bliskim i napisać kilka słów, które nie znikną pod kolejnym powiadomieniem.
Bo czasami najważniejsza rzecz na całej liście wygląda jak najmniejsza.
Mr. Scarlet · Blackgrain Workshop