O nas

Wszystko zaczęło się od dwóch słów: „miły liścik”.

Bliska mi osoba miała wyjechać.

Zostawiła mi listę rzeczy do przekazania i załatwienia. Zwykłą listę, jakich powstają tysiące. Kilka punktów, kilka przypomnień, nic, co mogłoby sugerować początek większej historii.

A jednak gdzieś pomiędzy pozostałymi pozycjami znalazły się dwa niewinnie brzmiące słowa:

„Miły liścik.”

Normalny człowiek prawdopodobnie wziąłby kartkę, napisał kilka ciepłych zdań, podpisał się i uznał zadanie za wykonane.

Ja nie jestem normalnym człowiekiem.

Nazywam się Mr. Scarlet i mam pewną przypadłość: mój mózg potrafi zamienić najprostszą prośbę w pełnoprawny projekt, produkt i potencjalny kryzys egzystencjalny.

Dlatego zamiast po prostu napisać list, pomyślałem:

A co, gdybym najpierw stworzył aplikację do wysyłania listów?

Taką, w której wiadomości nie wpadają do kolejnego hałaśliwego komunikatora. Nie giną pomiędzy reklamą butów, służbowym powiadomieniem i filmem z kotem przewracającym doniczkę.

Miejsce spokojne. Prywatne. Trochę staroświeckie, ale bez konieczności hodowania gołębi pocztowych.

Plan był prosty:

stworzyć aplikację, wysłać za jej pomocą jeden miły list i wrócić do normalnego życia.

Plan przestał być prosty mniej więcej pięć minut później.

Pojawiły się pytania.

Jak sprawić, żeby cyfrowy list naprawdę przypominał list?

Jak nadać mu ciężar, charakter i chwilę oczekiwania?

Jak pozwolić komuś wybrać papier, postawić pieczęć i napisać coś, czego nie przerwie seria kolejnych powiadomień?

A przede wszystkim:

Jak zbudować miejsce, w którym nawet my nie możemy przeczytać tego, co piszą użytkownicy?

Tak rozpoczęła się historia człowieka, który nie potrafił wykonać jednego prostego punktu z listy bez budowania całej platformy internetowej.

Były nocne sesje przy komputerze.

Były pomysły, które o drugiej nad ranem wyglądały genialnie, a o dziewiątej rano wymagały dyskretnego usunięcia z historii projektu.

Były kolejne wersje, poprawki, pytania, zwroty akcji i momenty, w których rozsądek pukał do drzwi, ale udawaliśmy, że nikogo nie ma w domu.

Na końcu powstało The Old Letters.

Nie kolejny komunikator

Nie chcieliśmy budować miejsca do szybszego pisania.

Chcieliśmy stworzyć miejsce do pisania uważniej.

Bez zielonych kropek informujących, że ktoś jest dostępny.

Bez presji natychmiastowej odpowiedzi.

Bez treści, które po kilku sekundach zostają pogrzebane pod lawiną następnych wiadomości.

List może poczekać.

Można do niego wrócić. Przeczytać go ponownie po tygodniu, roku albo w dniu, w którym szczególnie potrzebuje się przypomnienia, że dla kogoś naprawdę miało się znaczenie.

Nie wszystko, co ważne, powinno znikać w strumieniu powiadomień.

To, co piszesz, należy do Ciebie

Każdy list jest szyfrowany na urządzeniu użytkownika.

Jego treść pozostaje pomiędzy nadawcą a odbiorcą. Nie czytamy prywatnych listów. Nie analizujemy ich po to, aby wyświetlać reklamy. Nie budujemy profili na podstawie cudzych emocji.

Nie mamy klucza do tej korespondencji i nie chcemy go mieć.

W świecie, w którym niemal każda chwila może zostać zmierzona, przeanalizowana i sprzedana, prywatność nie powinna być dodatkiem do droższego planu.

Powinna być fundamentem.

Mała pracownia, wielki pomysł

The Old Letters tworzy Joanna Szamota Blackgrain Workshop.

Mała, niezależna pracownia, która woli zbudować jedną rzecz porządnie niż dziesięć rzeczy naprędce.

Rozwijamy projekt krok po kroku. Słuchamy ludzi, którzy z niego korzystają. Poprawiamy to, co nie działa, i nie udajemy wielkiej korporacji z armią anonimowych działów.

Za tym miejscem stoją prawdziwi ludzie, prawdziwe emocje i jeden prawdziwy list, który miał być tylko drobnym punktem na liście.

To nie jest przestrzeń na kolejne wiadomości.

To miejsce na słowa, które mają zostać.

Czy ten pierwszy list został w końcu wysłany?

Tak.

Trochę później, niż prawdopodobnie przewidywała osoba, która o niego poprosiła.

Ale za to powstała cała aplikacja.

Mr. Scarlet · Joanna Szamota Blackgrain Workshop